Retrospekcja, jeden.

czerwiec 9, 2009 by pawelbetkowski

Zimny dotyk ściany.

Łza spływa po policzku chłopaka. Chłopaka, który niczym sobie nie zawinił. Który kochał. Ze złamanym sercem, siedzi pod ścianą wspominając lepsze dni. Dni, w których bez cienia rozpaczy, bez łez oczach przyznawał się do tego, że jest zakochany.

Wszystko w porządku?

Chłopak dostaje piłką w głowę. To normalne na lekcji wychowania fizycznego. Chwila nieuwagi. Sypią się słowa przeprosin. Po chwili, „stary, co Ci jest? Wszystko w porządku?”. On nie reaguje, z niezmiennym wyrazem bólu wymalowanym na twarzy pruje przed siebie, ku zrozumieniu. Ku zrozumieniu, którego nie dane jest mu zaznać. Z utęsknieniem patrzy przez okno na piękną, odbijającą promienie wschodzącego słońca trawę. Dostrzega chmury. W swej obojętności stąpają po niebie, by razem ze swymi kompanami przynieść komuś lepsze jutro.

Lato.

Lekcja fizyki przebiega bez szczególnych atrakcji. Z odpowiedzi dostaje ocenę dostateczną, leniwie odpowiadając na pytania nauczycielki. Krzesło na którym siada kilka sekund później przypomina mu lato. Wolne od cierpień, nieświadome nadciągającego bólu. Zniszczoną, zieloną ławkę w parku.

- Kocham Cię – szepcze jej do ucha

– Naprawdę. Jej twarz zalewa rumieniec.

Kłódka zamyka się bezpowrotnie, ktoś, gdzieś daleko wrzuca wiadro do studni, zapominając o sznurze.

Lata wczesne.

Pytania chłopca, odpowiedzi matki. Niszczycielska moc słów matki, śmierć potworów zza szafy. W Twoim pokoju nie ma pająków, nie bój się. Łagodnie gładzi jego okrągłe, młodzieńcze policzki. Za nią, w blasku świecy, sześcionogi obserwator snuje swą nić przy suficie, w rogu pokoju.

Błysk szczęścia.

Biały sufit, ten sam, malowany kilka razy. Nocna lampka, pościel, sofa. Sześć tysięcy myśli w ciągu sześciu minut. Pisze list. Jest noc, nikt mu nie przeszkadza. Woń herbaty nadaje temu miejscu romantyczny nastrój. Zielone oczy błyskają szczęściem.

Czas po czasie.

Wraca lekcja fizyki. Temat na tablicy, wpadające przez okno, jasne promienie słońca muskające łagodnie jego twarz. On kocha słońce. Lekcja jest średnio interesująca, jego uwagę przykuwa tablica korkowa. Na tablicy widnieje wielkie drzewo. Piękna, brązowa kora. Powrót do domu. Kilka słów wymienionych z matką, ciepłe, pełne współczucia spojrzenie. Ona wie o co chodzi, wzdycha. Przejdzie mu. Nie przechodzi. Wypatrując spadających gwiazd, obserwuje tysiące małych punkcików na niebie. Idealnie do siebie dopasowane, świecą jednocześnie, by w końcu zniknąć, ustąpić miejsca dniu. Mało jest rzeczy idealnie do siebie dopasowanych. Kropla deszczu wpada do kałuży. Kolejna kropla, kolejny dzień pogrążony w myślach. Pod zasłoną powiek widzi ją w całej okazałości. Złociste włosy falują lekko na wietrze. Uśmiechem daje mu zaproszenie do miejsca przy niej. Bieg, bezsilność. Nie daje rady. Zasypia.

Kałuża wspomnień

kwiecień 12, 2009 by pawelbetkowski

Nikt nie obserwuje wiatru, gdy gra na pianinie. Nikt nie dostrzega skrzypiec trzymanych przez los, grających na naszych uczuciach. Nikt nie przejmuje się łzami, bezszelestnie ścigającymi się na naszych policzkach. Nikt nie patrzy już na napisy na ławce, na wyryte nożem „Kocham Cię”.
Nikt.

Z zamyślenia wyrwał go nadjeżdżający pociąg. Już gdy z daleka słyszał cierpienia torów miażdżonych przez tony żelaza, ogarnęła go pewna fala. Wywołująca ciepło, trzymająca zarazem serce w napięciu niczym kroplę wody w stawie podczas suszy. Fala wspomnień.
Czterdzieści lat wstecz. Drżącą, pomarszczoną dłonią wyciągnął z kieszeni fotografię. Znajdujące się na niej dwie postacie, owinięte smugą starości zdjęcia, wydawały się uśmiechać. Za uśmiechem jednak kryło się coś jeszcze, coś głębszego, co dostrzec mógł tylko ktoś, kto się na tym zdjęciu znajdował.
Oczy skierował w chmury. Po peronie kolejowym rozległ się szloch. Nie krył łez. Przed wejściem do pociągu, ostatni raz przywołał na myśl jej twarz. Twarz jego miłości.

~

Nigdy nie chciał rewelacji. Dostatniego życia, pozycji w okupowanym państwie. Znalazł to, czego szukał. Teraz, właśnie to, właśnie ten sens, którego oczekiwało jego życie, spoczywał na jego rękach. Zakrwawiony, posiniaczony. Wypadek na rowerze, który miłość przypłaciła życiem.
On trzymał ją, tuląc do siebie i powtarzając że wszystko będzie dobrze. Co go cechowało, nigdy nie krył swoich uczuć. I tym razem, łzy wyznaczały dróżki na jego brudnym od kurzu policzku.
-Wszystko będzie dobrze – powtarzał. – Zaraz przybędzie pomoc, zobaczysz.
Głos mu się załamał. Dobrze wiedział, że pomocy nie będzie.
Cichy jęk zdradził jej ostatnie tchnienie.
Potworny, przepełniony bólem wrzask rozdarł powietrze. I na chwilę ucichło wszystko.

Do kałuży wpada zdechły ptak, koliber. Ostatni raz oglądając świat, tak brutalnie mu odebrany obserwuje dwójkę ludzi pośród tumanów ulicznego brudu. Obok niego stoi los, trzymając skrzypce.
Łagodnym ruchem ręki zamyka mu powieki. I znika wszystko. W głowie pozostaje jedynie głośny krzyk. Krzyk kogoś, komu odebrano jedyny sens życia.

Szelest wspomnień

kwiecień 12, 2009 by pawelbetkowski

Szelest wspomnień łagodnie dryfuje w uszach. Ból, utrata nadziei na lepsze jutro, na powrót dnia poprzedniego.
Przechodzę obok śmierci nie przywiązując do niej większej uwagi, rolę się odwracają.
Ofiara staje się panem sytuacji, ten zaś, ofiarą. Serce boli. Nie mentalnie, a fizycznie.
Lśniącym mieczem, kipiące szczęściem przeznaczenie przebija je, serce, nie mające szansy na obronę.
Miłość jest potworem.

Zostało mi kilka sekund życia. Może warto jeszcze wierzyć?

Wizerunek Rzeczywistości.

marzec 22, 2009 by pawelbetkowski

Proszę o wyrozumiałość – nie poprawiałem tekstu. Taki jest, jaki jest. Pisany podczas pobytu na przystanku przy temperaturze minusowej, gdzie z zimna dygotałem niczym golas na Antarktydzie.

__

Latarnie gasną, w kałużach odbija się blady wizerunek rzeczywistości. Dalekie okna; gra świateł. Zimno. Na lewo pan w czapce i brązowych spodniach. Czyta gazetę. Może udaje że czyta. Może pani stojąca obok z niemiecką reklamówką jest spiskowcem, może dopiero co włączone światła latarni to tylko gra, by mnie uspokoić. Jednak nie. Pośrodku wszystkiego stoi ona, królewna w berecie ściskająca sobie talię. Zaraz wsiądzie w autobus i zniknie z mojego życia. “Tyle się widzieli”, ukradkowe spojrzenia. Padający wokół śnieg rozwinąwszy swe skrzydła zamieci rozdzielił ich los na zawsze. O, autobus jedzie.

Ostatni List

marzec 8, 2009 by pawelbetkowski

„Droga Mamo.

Zawsze myślałem, że miłość to coś niezwykłego, co nie skończy się źle. Że drzwi, że dąb, z którego zostały zbudowane nie pęknie. Tymczasem, bocian nie wrócił na lato do ojczystych ziem. Ból w jego sercu utonął razem z nim, w czeluściach oceanu rozpaczy.
Nikt nie zagra już na pianinie. Umysł nie oszaleje już z rozkoszy, dusza nie uniesie się ku przestworzom. Już nigdy…

Wczoraj.

Ulica, kostka brukowa, ptaki unoszące się triumfalnie nad głową. Trzepot skrzydeł. Nie podejrzewająca niczego dusza, zapach wanilii, świec, płomień szalejący w czerwieni, obfity talerz pełen nadziei. „Nic nie może się stać. Ja kocham ją, ona kocha mnie”.
Szybciej, szybciej, byle znaleźć się przy niej. By problemy stały się niepotrzebną myślą, by niebo zabłysnęło tysiącem kolorów.

Przyśpieszonym krokiem szedł, nie spodziewając się niczego. W końcu, co może stać się w dzień kobiet? Tylko jedno. Coś, co pamięta się do końca życia. Uczucie. To uczucie, gdy kiszki zamiast marsza grają kawałek Mozarta, gdy serce wybija rytm niczym perkusista Nirvany.
Powietrze rozdziera krzyk, „Matko Święta”. Nie, to tylko dziecko. Biedne, upadło. Kolano krwawi, matka już w drodze. Zadziwiające, jak dzieci widzą świat. Jak bardzo różni się pojęcie prawdy, jak kłamstwo mija się z akceptacją, potrzebą zrozumienia, byciem sobą. Mamo, pomóż. Już idę synku. Bolesne wspomnienia rozdzierają jego wnętrza. Lata jego młodości nie były tak piękne. Każda blizna, każda łza. Samotność.
Te czasy jednak minęły. Zbliżał się do celu wędrówki. Wymalowane pastelami pole graniczyło ze światem wyobraźni, gra świateł zaś, niczym zorza. A na samym środku, ginąć w cieniu drzew, ona.
Anioł we własnej osobie, ostoja spokoju między piekłem a ziemią. Błysk zielonych oczu zdradza niepokój. „O nie”. Róża wyplątuje się z palców. Po policzku strumieniem płyną łzy.
-To dla Ciebie.
-Och… dziękuję. Tyle że, wiesz… Pewne okoliczności… Znaczy się… – wdech, wydech – nie możemy być razem. Już nigdy. Przepraszam.
Chmury znikają, znikają strony pamiętnika, czajnik zatrzymany w środku swej wędrówki nie zalewa wodą herbaty.
Nie pomaga matka, nie pomaga radio, muzyka nie cieszy już tak jak kiedyś. Obumarłe serce osuwa się ku przepaści.

Dzisiaj.

Bezlitosny czas, dlaczego nie można go cofnąć? Wysoko na dachu wieżowca wiatr szasta jego włosami. Kogo obchodzi jak wygląda. Nerwowo poprawia grzywkę. Co ona by powiedziała? Chwilę później jednak, wspomnienie poprzedniego dnia wraca. Ostatnie wspomnienie. „Już nigdy”.
Osa, kończąc swoje codzienne kwiatowe obchody, zniszczona niespodziewanie przez szerszenia zwanego losem. Nie ma ucieczki. Nadzieja matką głupich, umiera jako ostatnia.
Odwraca się. Łzy żłobią w jego twarzy koryta, płyną co raz to szybciej. Niewidoma widownia, kamienne twarze, rząd krzeseł poustawianych na dachu. Czas na przedstawienie. Nogi odrywają się od krawędzi rzeczywistości.

Jutro.

Kawałek kartki zwinięty w kłębek na idealnie pościelonym łóżku. Co to może być? Rozwija kartkę. Nie, o nie.

…Jak strasznie potrafi traktować nas los, gdy w książce zwanej życiem dochodzimy do rozdziału szczęście. Jakim potworem potrafi być dla nas najbliższa osoba, jak bardzo boli utrata czegoś, co wydawało się nasze, tylko nasze.
Pamiętaj jednak, że jabłko spadające z jabłoni nie musi zgnić. Może zostać zabrane gdzieś dalej, do lepszego świata, gdzie wśród innych owoców czekać będzie na lepsze jutro.
Kocham Cię, Mamo.”
.

Kolana uginają się pod starszą kobietą. Telefon po karetkę? To nie ma sensu. Prawda spada na nas niczym głaz ze zbocza. Niespodziewanie.