Cichy wiatr łagodnie muskał jego nie zakryte, wystarczająco zziębnięte już uszy. Szeleść liści pod stopami, stare, wysłużone już trampki. Schował ręce głębiej do kieszeni zeszłorocznego, czarnego płaszcza.
Czy taki właśnie chciał być? Czy nic, prócz skrzętnie ukrywanych w szufladzie wierszy, które pisał, nie kręciło go tak, jak kiedyś? Gdzie podziały się myśli, gdzie marzenia o zmianie świata? Stare, zgniecione przez rzeczywistość, głęboko w koszu pamięci. Strój strażaka z przedszkola, schowany gdzieś głęboko w szafie.
Myślami przeniósł się do czasów przedszkola, kiedy wszystko było tak proste.
-Mamo, co to takiego? – zaciekawionym, dziecięco zaciekawionym spojrzeniem omiatał białe, skrzydlate stworzenia, skłębione na brzegu cichego, pięknego w blasku zachodzącego, letniego słońca, jeziora.
-Łabędzie, synku.
-Ładne. Czy one potrafią latać?
Matka, rozbawiona pytaniem retorycznym czteroletniego dziecka, poczochrała go po krótkich, czarnych włosach.
-Po to właśnie maja skrzydła.
Malec smutniejąc, spojrzał na swoje dłonie.
-A czy ja mogę latać, mamo?
Uklękła przy nim. Tuląc go do siebie tak, jak potrafi tylko matka, szepnęła mu do ucha:
-Możesz wszystko, jeżeli tylko chcesz.
Mimowolnie stworzona łza spłynęła po jego policzku. Tęsknota za czasami, gdy myśli, łagodnie przepływając z obiektu na obiekt, snując plany, nie przejmowały się stresem dnia jutrzejszego. Gdy na księżyc udawał się co wieczór, oddając się niemalże prawdziwej, kojącej krainie snów.
