Rozmarzone Westchnienia

grudzień 30, 2009 - autor: pawelbetkowski

Zima okrywająca ponure spojrzenia latarni, rozmarzone westchnienia drzew, skrzypce rzeczywistości przygniatające każde, nawet najmniej miłe uczucie.
Mimo chłodu, myśli, które doprowadzają do szaleństwa, wychylał się przez okno, by z codziennego, nocnego koszmaru wzrokowych wędrówek między oknami, wyłonić tę cząstkę światła, która przytrzymuje go przy życiu.
Znienacka dostrzega światło. Porozumienie bez słów, ktoś z góry, piszący życiowe scenariusze uchyla rąbka tajemnicy szczęścia.
Chłopak docenia to, co ma, w jakim położeniu się znajduje. Myśli nad swoją przyszłością. Marzenia, ledwo dostrzegalne, wydają się jakby bardziej rzeczywiste. Z uśmiechem na twarzy, pozdrawia bezgłośnie wznoszące się płatki śniegu. Nie przeszkadzają mu porażki, nie ważne smutki.
Tak długo, jak długo rośnie drzewo rozwijające jego umysł, zanurza się w morzu miłości. Szybsze bicie serca pozwala się odprężyć, dostrzec scenę sprzed lat.
Tak bardzo chce jej pokazać, jak ją kocha, udowodnić, że to nie uczucie z niższej półki, a właśnie to, które łączy dwie zagubione we wszechświecie dusze, pozwalając na wspólnie spędzane, unoszące się ponad zacinający, przeszywający wiatr chwile.
Kiedyś chciał być najlepszy. Mieć wszystko, i wszystkich. Teraz wystarczy mu odrobiona spokoju, pokojowe spojrzenia mijanych ludzi, krótkie “miłego dnia”, rzucone przy akompaniamencie kłębiącej się od myśli głowy.
Teraz wie, że mimo natłoku, na jakie skazuje go mózg co dzień, gdy kładzie się do rozgrzanego tęsknotą łóżka, zaśnie. Rzucona w kąt poduszka, cierpliwa, przyjmie go, i obejmie jak zawsze, zabierając go w krainę przygód, w krainę, gdzie wszystko jest możliwe.

Dedykowane Darii K.

Ograniczenia naiwności

listopad 9, 2009 - autor: pawelbetkowski

Cichy wiatr łagodnie muskał jego nie zakryte, wystarczająco zziębnięte już uszy. Szeleść liści pod stopami, stare, wysłużone już trampki. Schował ręce głębiej do kieszeni zeszłorocznego, czarnego płaszcza.

Czy taki właśnie chciał być? Czy nic, prócz skrzętnie ukrywanych w szufladzie wierszy, które pisał, nie kręciło go tak, jak kiedyś? Gdzie podziały się myśli, gdzie marzenia o zmianie świata? Stare, zgniecione przez rzeczywistość, głęboko w koszu pamięci. Strój strażaka z przedszkola, schowany gdzieś głęboko w szafie.
Myślami przeniósł się do czasów przedszkola, kiedy wszystko było tak proste.

-Mamo, co to takiego? – zaciekawionym, dziecięco zaciekawionym spojrzeniem omiatał białe, skrzydlate stworzenia, skłębione na brzegu cichego, pięknego w blasku zachodzącego, letniego słońca, jeziora.
-Łabędzie, synku.
-Ładne. Czy one potrafią latać?
Matka, rozbawiona pytaniem retorycznym czteroletniego dziecka, poczochrała go po krótkich, czarnych włosach.
-Po to właśnie maja skrzydła.
Malec smutniejąc, spojrzał na swoje dłonie.
-A czy ja mogę latać, mamo?
Uklękła przy nim. Tuląc go do siebie tak, jak potrafi tylko matka, szepnęła mu do ucha:
-Możesz wszystko, jeżeli tylko chcesz.

Mimowolnie stworzona łza spłynęła po jego policzku. Tęsknota za czasami, gdy myśli, łagodnie przepływając z obiektu na obiekt, snując plany, nie przejmowały się stresem dnia jutrzejszego. Gdy na księżyc udawał się co wieczór, oddając się niemalże prawdziwej, kojącej krainie snów.

Natchniony rzeczywistością.

wrzesień 1, 2009 - autor: pawelbetkowski

Dzisiaj Wiesia ubiera się w smutek. Zmęczonym wzrokiem przepływa między blokami, kątem oka spoglądając na zapierające dech w piersiach, wschodzące słońce.

Wiesia pijąc herbatę, bije się z myślami. Sztuczny uśmiech przyklejony do twarzy, przepustka do ludzi „normalnych” wspiera złamaną wpół duszę. Wiesia płacze. Nikt nie chce jej wsesprzeć.

Wiesia wychodzi z domu, obserwując wstające do życia miasto. Ludzie, śpieszący się do pracy, wyprowadzający psy. Mały niewolnik na smyczy patrzy na Wiesie. Ona, uśmiecha się do niego uśmiechem tysiąca kolorów. I wszystko wokół Wiesi staje się piękniejsze.

Pies merda ogonem. Do końca życia będzie pamiętał uśmiech Wiesi. Obserwujący sytuację z daleka Dąb promienieje w sobie, widząc dzielone szczęście.
Wiesia wraca ze szkoły, paląc papierosa. Dym rozchodzi się po płucach Wiesi, nadając jej pewności siebie. Szkoła jest nudna, a nauczyciele nie budzą w niej większego zainteresowania. Chodnik, z lekką pomocą wiatru, w niespodziewanym przypływie frustracji zakrywa się leżącym obok piaskiem.

Wiesia siedzi na ławce, w samym centrum miasta, obserwując zachodzące, czerwone ze zmęczenia słońce. Uderza w nią zimno. Nadchodzi jesień – myśli sobie.

Idzie chwiejnym krokiem, mijając jeden, spadający liść. Wiesia bierze go ze sobą. W domu, nie zważając na oskarżycielskie spojrzenia ścian, kładzie go na biurku, i nadaje mu duszę.

Wiesia zdejmuje z siebie smutek, kierując się w stronę krainy snów. Spogląda na wiszące na wieszaku szczęście. Szczęście, w którym praktycznie nie chodzi. Pojedyncza, pełna żalu łza, spływa po jej okrągłym policzku.

Piękno przybiera nową definicje.

__

15 minut, piękna piosenka w tle. Tak chcę pracować, i tak właśnie chcę pisać. Jeśli czytasz to, kimkolwiek jesteś, nie wiń mnie za badziewia, które tu umieszczam.

Nigdy więcej tutaj

sierpień 24, 2009 - autor: pawelbetkowski

W zgliszczach nadziei, pośród liści, stoi wielka, betonowa książka. Pełna ludzkich, i nie ludzkich wyrazów twarzy, pełna słów, które bolą, które w godzinach szczytu wywiercają dziury w głowie każdego z nas. Obok książki stoi czarna zapałka. Zapałka pali się na biało. Zapala się codziennie wieczorem. A obok niej, stoi dom. Dom, w którym mieszkają dwie siostry, z których jedna, zawładnęła czyimś światem.
Nigdy więcej nie podążaj w stronę światła.
Jego promień boli. Nigdy nie dojdziesz do jego źródła.
Jedna z sióstr wychodzi ku chmurze rozpaczy. Nie musi mówić jej o co chodzi, ona już wie.
W świecie baśni wszystko wiedzą wszystko, jedynie nic pozostaje tajemnicą.
Za miłość karać nie wolno.

Zmęczony Codzienną Wędrówką

sierpień 19, 2009 - autor: pawelbetkowski

Skrzypce grały pięknie, wtórując równie cudownej grze pianina. Wiatr, zmęczony codzienną wędrówką śpiewał leniwie, rozwiewając włosy przeciętnego chłopca, spoczywającego na zniszczonej, zielonej ławce. Ławka, odpowiadająca kolorowi jego oczu, na której wspomnienia znów wydawały się prawdą.

Obrócił się plecami do stojącej przed nim piękności. Ileż można wpatrywać się w reklamówkę, szybującą po wietrze, niczym baletnica? To nie American Beauty.
Jego oczom ukazał się skromny sklepik z antykami. Zachęcony ślicznie skomponowaną wystawą, bez wahania wszedł do środka. Niczym w filmie, snop światła wskazał na położony na starej, mocno zniszczonej komodzie stary aparat fotograficzny marki Zenit. Błysk w oku zdradził jego zainteresowanie, które mimochodem zauważył siedzący za biurkiem sprzedawca. Staruszek o miłym spojrzeniu, gładząc wąsa spytał:
-Pan zainteresowany?
-Ile? – spytał chłopak, zapominając o manierach. Długie włosy łagodnie podnosiły się współgrając z jego oddechem.
-Sześćdziesiąt – odpowiedział staruszek. Spokojnym krokiem podszedł do niego. Chłopak jednak, wyszedł ze sklepu szybkim krokiem, roniąc po drodze łzy. Miał tylko pięćdziesiąt siedem. Na to, by poprosić sprzedawcę o obniżenie ceny, zabrakło odwagi.

Siedział na skałce, jak ją nazywał. Duży kamień, spoczywający przy piaszczystym zboczu pokrytym trawą. Oglądając zachód słońca, zapomniał o późnej godzinie, i obowiązkach które zostawił w domu. Nie bał się jednak, wiedząc, że da radę zrobić wszystko, nim mama wróci. Kochał swoją mamę. Ona jednak, nie rozumiała go wcale, choć często próbowała się z nim porozumieć.
Wolnym krokiem ruszył w stronę domu, po drodze pozdrawiając drzewa.

Będąc dwudziestolatkiem, wydał swoją pierwszą książkę, zatytułowaną „Bezsensowna egzystencja chodnika”, która w ciągu kilkunastu tygodni pojawiła się na pierwszych miejscach krajowej listy bestsellerów.
Mijały lata, a on wciąż pisał. Pieniądze z konta bankowego z radością, co miesiąc oddawał ludziom biednym, wspomagając różnego rodzaju fundacje. I choć dostawał co dzień listy od swoich fanów, mówiące o szczęściu jakim obdarował ludzi on sam, pisząc swoje książki, on nigdy nie był szczęśliwy. Piętno miłości, które odbiło się na nim jako nastolatku, zostało z nim do końca.

W wieku siedemdziesięciu sześciu lat, świat stracił świetnego pisarza, dającego szczęście wszystkim wokół. W jego wieku siedemdziesięciu sześciu lat, gdy umarł, niebo zyskało anioła.

_____

Od dawna nie pisałem. TAK nie pisałem. Z natchnienia. Po co pisać na siłę, i mieć tylko pustą satysfakcję, kiedy można stworzyć coś takiego, coś, co napawa nas radością, co płynie z duszy, nie z czegoś pustego w środku. Czekam na opinie dotyczące tekstu. Nawet go nie sprawdziłem, taki jestem szczęśliwy. Niech się dzieje co chce. Błędy mnie nie obchodzą.