Zimny dotyk ściany.
Łza spływa po policzku chłopaka. Chłopaka, który niczym sobie nie zawinił. Który kochał. Ze złamanym sercem, siedzi pod ścianą wspominając lepsze dni. Dni, w których bez cienia rozpaczy, bez łez oczach przyznawał się do tego, że jest zakochany.
Wszystko w porządku?
Chłopak dostaje piłką w głowę. To normalne na lekcji wychowania fizycznego. Chwila nieuwagi. Sypią się słowa przeprosin. Po chwili, „stary, co Ci jest? Wszystko w porządku?”. On nie reaguje, z niezmiennym wyrazem bólu wymalowanym na twarzy pruje przed siebie, ku zrozumieniu. Ku zrozumieniu, którego nie dane jest mu zaznać. Z utęsknieniem patrzy przez okno na piękną, odbijającą promienie wschodzącego słońca trawę. Dostrzega chmury. W swej obojętności stąpają po niebie, by razem ze swymi kompanami przynieść komuś lepsze jutro.
Lato.
Lekcja fizyki przebiega bez szczególnych atrakcji. Z odpowiedzi dostaje ocenę dostateczną, leniwie odpowiadając na pytania nauczycielki. Krzesło na którym siada kilka sekund później przypomina mu lato. Wolne od cierpień, nieświadome nadciągającego bólu. Zniszczoną, zieloną ławkę w parku.
- Kocham Cię – szepcze jej do ucha
– Naprawdę. Jej twarz zalewa rumieniec.
Kłódka zamyka się bezpowrotnie, ktoś, gdzieś daleko wrzuca wiadro do studni, zapominając o sznurze.
Lata wczesne.
Pytania chłopca, odpowiedzi matki. Niszczycielska moc słów matki, śmierć potworów zza szafy. W Twoim pokoju nie ma pająków, nie bój się. Łagodnie gładzi jego okrągłe, młodzieńcze policzki. Za nią, w blasku świecy, sześcionogi obserwator snuje swą nić przy suficie, w rogu pokoju.
Błysk szczęścia.
Biały sufit, ten sam, malowany kilka razy. Nocna lampka, pościel, sofa. Sześć tysięcy myśli w ciągu sześciu minut. Pisze list. Jest noc, nikt mu nie przeszkadza. Woń herbaty nadaje temu miejscu romantyczny nastrój. Zielone oczy błyskają szczęściem.
Czas po czasie.
Wraca lekcja fizyki. Temat na tablicy, wpadające przez okno, jasne promienie słońca muskające łagodnie jego twarz. On kocha słońce. Lekcja jest średnio interesująca, jego uwagę przykuwa tablica korkowa. Na tablicy widnieje wielkie drzewo. Piękna, brązowa kora. Powrót do domu. Kilka słów wymienionych z matką, ciepłe, pełne współczucia spojrzenie. Ona wie o co chodzi, wzdycha. Przejdzie mu. Nie przechodzi. Wypatrując spadających gwiazd, obserwuje tysiące małych punkcików na niebie. Idealnie do siebie dopasowane, świecą jednocześnie, by w końcu zniknąć, ustąpić miejsca dniu. Mało jest rzeczy idealnie do siebie dopasowanych. Kropla deszczu wpada do kałuży. Kolejna kropla, kolejny dzień pogrążony w myślach. Pod zasłoną powiek widzi ją w całej okazałości. Złociste włosy falują lekko na wietrze. Uśmiechem daje mu zaproszenie do miejsca przy niej. Bieg, bezsilność. Nie daje rady. Zasypia.
